październik

od października tyle się zmieniło ciągle zmienia dziwne że potrzebowałam tak silnego wykolejenia i najczarniejszych czerni że tak ułożyłam sobie ten czas zmarnowany ale potrzebne mi to było- że tak a nie inaczej i teraz

już wiem bardziej

dotykam powiek i gładzę dłonią książki na półce zapalam świeczkę jedną w oknie miałam zły sen myślę o bramie widywanej codziennie z okna tramwaju najpierw widywanej przez sen później nagle odkrytej między przystankami (Lubicz i Dworzec Gł.) myślę o ścianach kamienic o niebie- takim dalekim gdy wszędzie hałas uliczny

dzisiaj cały dzień Preisner, ‚La Double Vie de Veronique’, umiem to pisać tylko z dużych liter, z ogromnym szacunkiem-

tańczę szare niebo przez okno od paru dni nie wychodzę musiałam troszkę wyhamować jutro Podróż a potem Powrót

tak

w kopertach

ostatnio najbardziej rozmawiam właśnie tak, w kopertach, owijając każde zdanie w papierek, znacząc, zaklejając, sypiąc siebie na kartki, w kopertach wysyłam kawałki siebie i rzeki, kubki z gorącą herbatą, spojrzenia, dźwięki, stukot butów po ulicy, deszcz, na dnie kubka napotykam własne oczy, dziwnie nie zielone, nie widuję ostatnio kogoś coraz mocniej nie widuję

rozmawiam bardziej w kopertach polecam się listem przezroczysta i okruszkowa, kłębi się rzeczywistość, chmury pod sufitem sie unoszą miękko, dźwięki, obrazy

przed wyjazdem

ostatnie dni marudne mocno narzekaśne obijałam się o ściany i niespokojnie latałam ćmą po pokoju brudząć skrzydła o sufit o szafki
teraz oddycham i spokojnieją linie ciała

pakuję się, układam przedmioty, ustawiam sprzęty, czuje się bardzo definitywnie, jakby kończyło się coś nareszcie, a co innego by trwało, lub też rozpoczynało sie od nowa, w nowej udoskonalonej wersji, bogatsze, niespłowiałe.

układam obrazki z koralików (najlepiej jest gdy rozerwane przypadkiem jednym ruchem dłoni bo nagle ty i wszystko upada na podłogę nieistotne i sukienka i torebka i koszula i nasze zmartwienia), nucę i myślę, że wkrótce koniecznie muszę udać się do Finlandii, koniecznie koniecznie, na Północ, ja też nie wiem dlaczego, ale czuję, że muszę i że coś, a może nic, ale wiem to- muszę. plotę warkoczyki ze sznurków i porządkuję w głowie, porządkuję też szafę, dziwię się tym wszystkim niezbędnym „Różnym Rzeczom Niepotrzebnym i Niepraktycznym z Obiektywnego Punktu Widzenia” i śmieję się- „obiektywnego”…. śmieję się, mówiono mi dzisiaj jakieś abstrakcje, że spójność, jedność, co najwyżej dualizm, śmieję się- bo przecież właśnie wielość, wielowymiarowość, wewnętrzny polilog (za Derridą), przenikanie i drugie dna w nieskończoność przecież. i myślę o pięknym wyzwaniu, jakim jest budowanie pomostów łączących te krainy i światy, znajdywaniu wspólnych płaszczyn dla tych rzeczywistości, snuciu nitek łączących, budowaniu mostów swoim życiem, swoimi działaniami

buszują myśli w frędzlach dywanu, zbieram koraliki, rozsypuję, lubię takie dni przed podróżą, gdy jeszcze nie tam, już nie tu i wewnątrz niecierpliwa dziewczynka ciągnie za spódnicę ‚no kiedy wreszcie pojedziemy, no kiedy, czemu nie już’, śnię od paru dni te same sny, mam nowe linie papilarne, czytam nam bajki i spędzam niewyobrażalną ilość czasu w wannie, czytając, śpiewając, pijąc herbatę lub wino, przypomina mi się tamta zielona wanna, którą koniecznie chciałam uratować i mieć i zabrać ze sobą wstawić do pokoju, robię coraz więcej dziwacznych jak torebki staruszek rzeczy i czekam cokolwiek daniel pisał że przyjeżdżają z GAZem na reminiscencje, a mi pewnie nie uda się obejrzeć ani jednego spektaklu, za to pociąg, wodne kąpiele, olejek pomarańczowy i lawendowy, wodna sukienka, pachnące kropelki wplatane we włosy, w zgięcie dłoni, między piersi, za ucho, nucę i wyobrażam sobie że odkręcasz rano kran i płyną z wodą dźwięki i woda śpiewa ci mnie ja szukam w głowie wiersza lub zaplątanej w pamięci pieszczoty, nie piszę zdań ostatnich, bo nie umiem i nie mam ochoty-

sposób w jaki ty

ponieważnik

że to nie jest słuszne ani sprawiedliwe że się nie widzimy i że tylko sobie w myslach układam scenariusze a nie wiem jak to naprawdę by było dziś lub jutro i gdzie i w jaki sposoób i ponieważ nie wiem coraz więcej tylko notuję na wnętrzu lewej dłoni imiona i sytuację i wycinam ze słów list który dofrunie jak zwykle za późno ponieważ pisany na niewysłanie
przez okno wiosna i moja twarz w szybie wyobrażam sobie inaczej ponieważ wolałabym dzisiaj dzikie marcowe gonitwy po polach lub ciężką atmosferę starego poddasza wolałabym jakkolwiek byle nie tak jak teraz

i żeby nie musieć tłumaczyć nic nikomu i tylko malować szkiełka ulice myśli kolorować i napotykać oczy twoje dla mnie

ziarenka i zmiany- żeby już

wszystko pachnie ziemią ziemiście pierwotnie nabrać się można na ten zapach rozpylony wiosennnie wokół bloku odliczam dni potem pociąg i już nie tu ale jeszcze nie tam i na odwrót
pociąg i stukotanie gasnący powoli dzień tory i łąki a potem stare drewniane okna firanki leniwy wiatr ziemia pod stopami potem kwiaty sukienka falowanie taniec taniec wokół tak to pamiętam i strych pachnący morzem krochmalem śpiewaniem komin z cegieł jadę nad morze jadę też potem do domu jak to zabawnie brzmi domu z tego niedoczekania kurczę stopy przystaję zamyślona na środku ulicy rozsypuję kulki po podłodze śpiewam coś cicho i ciągle ciągle za mało tlenu myślę że to nie jest moje miejsce – tutaj – myślę że to nie jest dla mnie do końca dobrze że przez te pół roku wiele się zmieniło co jest oczywiste ale i przykre bo to nie takie zmiany jakich się chce i które się z radością wplata pod skórę we włosy możliwe też że się mylę nie mam racji czymkolwiek ona jest może

ale wiem co czuję wiem bardzo mocno

sypiąc piaskiem zdania i siedem ziarenek a potem pociąg i już i długo wyczekiwany oddech a potem inaczej i potem sny prawdziwe zamiast uporczywego uczucia że nawet w nocy nawet przez sen – mówię tłumaczę relacjonuję wydaję oświadczenia wyjaśniam dlaczego tak dlaczego taka dlaczego

bazylia i lubczyk w doniczce

*

opadają powieki jest późno ściągam twarz odkładam do szafy wystygła herbata palce osuwają się na papier na podłogę rozsupłane nitki snuje się powoli piosenka dla ciebie ważę słowa i odmierzam wolałabym inaczej i bez słów mieć cię tu teraz i układać się spokojna do snu i wiedzieć rano dwie kawy stół dłonie choruję w środku ognik wewnątrz gdzie nasze podsufitne istnienie mamy oczy ze szkiełek i rozmawiamy coraz to bardziej się mijając mijając tłumacząc wyjaśniając bawiąc się w dorosłość w higieniczne opuszczanie- się. opadają włosy na twarz zsuwa się suknia skóry dzisiaj każda cząsteczka dziesięć razy mniejsza żeby się zmieścić gdzieś w twojej kieszeni gdzieś pod powieką żeby jeszcze trochę pobyć tak cicho i niezauważenie żebyś nie wiedział skąd te ciągłe myślenie mnie mam twarz z papieru coraz bardziej bardziej przezroczystą już prawie zmęczona i zahipnotyzowana chodzę po dachu śpiewam do księżyca senną piosenkę do wewnątrz do wewnątrz że bardziej się nie da zasuwając za sobą parawan zamykając okna i drzwi przekręcając klucz na dwa razy
choruję ciebie i powietrze uchodzi strużką cichą niebieską powoli dymem pod sufitem w zakurzonym dusznym pokoju wzdychając z niedowierzaniem uginając się