*

chodzę śladem swoich stóp
chodzę śladem swoich stóp
chodzę śladem swoich stóp
chodzę śladem swoich stóp
chodzę śladem swoich stóp
chodzę śladem swoich stóp

(na skróty, do ciebie)

19 maja, 20:15

jadę do ciebie tym pięknym pięknym pociągiem…” (braty z rakemna, ‚pociąg’)

podróż znów, szafa wywleczona na lewo, plecaki i torby w skupieniu czekają, futerał na bas odnaleziony, sterty papierów i sterty myśli, porządki i nieporządki- pakuję się beztrosko i w pociąg!
tak.
pociąg relacji kraków płaszów- świnoujście. pociąg relacji i pociąg wiodący do relacji- cokolwiek miałoby to znaczyć :)
przecież każdy normalny facet i każda normalna dziewczyna oni bawią się w piątek” (braty z rakemna, ‚pociąg’)

miasto

twarz chorego dziecka i spowolnione kroki, blednę, gorączkuję, męczę się bardzo szybko. miasto- ulice gęste od tramwajów, twarze, twarze, twarze, chude i wysokie studentki polonistyki w obcasach i paznokciach, biblioteki, ulotki, oscypki, kolorowe skarpetki, wszędzie słowa, chmury dymu z palonych papierosów, sentymentalne i kiczowate pamiątki, popękane chodniki, drzewa opakowane w szarość, leniwe gołębie-nieloty, upadanie, potknięcia, mętlik w głowie, na zapałkach napis- europa 2004, kupowanie książek za ostatnie pieniądze, śmiech i muzyka, kasza gryczana, andrzej bulwersujący się,
że nowa huta jest trendy, asia opowiadająca z przejęciem o ostatniej imprezie na starowiślnej, nowy numer lampy z płytą, stos prania, wędrówki po ostatnich przystankach na trasie tramwajowej, góry blisko, ale czasu tak mało, wszystko wszystko wszystko…

… a ja w związku z tym nie mam żadnych myśli. ja w związku z tym nie mam żadnych uczuć. przestaję wszystko. okno otwarte na oścież (no spójrz ile świata!!!) a tlenu jak nie było tak nie ma- i to znaczy czasem ‚miasto’…

‚think about the good times and never look back’

dotykanie piórem kartek jeszcze nie pisanie słuchanie jeszcze nie słyszenie patrzenie nie widzenie dłonie na skórze
nie dotykamy dusz jesteśmy gdzieś z wierzchu ocieramy się delikatnie ty pytasz co chcę na śniadanie innym razem mówię spójrz jakie ładne niebo przystaję przed witryną księgarni marszcząc brwi zastanawiam się jeszcze się wyczuwamy jeszcze nie wiemy nic o sobie jeszcze się nie znamy

noszę pod palcami dotyk dla ciebie
jeszcze nie ty ale już

(i nie oglądam się za tym co minęło bezpowrotnie idę do przodu- kiedyś to będzie żywa prawda dzisiaj jeszcze nie wiem przeczuwam oczy zmieniają kolor linie na dłoniach układają się w literę)

czas

-(…) że też ty masz na to wszystko czas, mi by się nie chciało, zresztą i tak nie mam czasu, wolę kupić gotowe
(a ja się zastanawiam, na ile to taka zwyczajan prawda, na ile to naturalne, a na ile to taka postawa, cecha charakteru- „nie ma czasu”, „kupię gotowe”; i zastanawiam się, gdzie podziewa się ten ich czas, do jakiego stopnia doprowadzone jest takie myślenie, że zastępuje się siebie tym „gotowym”, kupionym; a przecież nie wszystko się, a przecież nie zawsze, a

rzeczy

buszowanie po sklepach, abstrakcyjne zakupy i dużo czasu spędzonego ze znajomymi. szukam ludzi takich naprawdę, szukam wesołych rzeczy, podtrzymuję się w przekonaniu, że lepiej, że w ten sposób coś można. kupiłam mnóstwo kolowych ubrań za grosze, m.in. ogromniasty (co najmniej na dwie osoby!) żółty sweter, prywatne włóczkowe słońce, chustki, trochę kulek szklanych, sznurki, kubek wiosenny duży, rzeczy. jestem taka od środka podświetlona na kolorowo, przypominają mi się ostatnie dni, wędrówki za niczym konkretnym, jakiś wieczór poezji, wczorajszy koncert Papadrum na Rynku (bębny bębny bębny…), samoistna impreza na starowiślnej w kultowym już mieszkaniu, dużo dużo nowych osób (do dziś mi chyba zostało pewne uzależnienie od poznawania nowych ludzi, potrzeba kontaktów, potrzeba płynności, potrzeba dynamiki; żywioł wodny, niezmywalne linie papilarne, scenariusze zapisane pod skórą), mówienie o słowach, spotkanie świetnych ludzi z Rosji (wracali z Jawornika i zachaczyli o Kraków), chodzące dowody na to, że gdy się bardzo chce i bardzo zależy- to można, to się udaje i że nie trzeba planowac wszystkiego i że tego co ważne nie kupisz za pieniądze i inne oczywistości, o których mało kto pamięta- bo zawsze wymyslanie sobie przeszkód, bo jakieś „ale wiesz, gdyby nie, to…”, bo „chcę to zrobić, ale pieniądze, ale, ale”. stokrotki kwitną, nie chcę się tłumaczyć z naiwnej i może nie-na-miejscu radości, nie mam zamiaru. jest ładnie i mniej chwiejnie dziś. i sweter-słońce. i ludzie-słońca. i czerwiec niedługo, niedługo powrót do domu. rzeczy ważne, rzeczy mniej ważne, rzeczy nieistotne i rzeczy najważniejsze, te których nie warto oblepiać słowami, których nie powinno się mówić tylko by gadać…

*

to chyba będzie to słowo: bunt. mądrzejszy, świadomy, głęboki, podskórny.

a poza tym fasolka szparagowa- na śniadanie, na obiad, na kolacje, fasolnie mi, fasolkowo.

stormy weather

burza ogromna, burza potężna, wodna siostra, niebo szare, gęste, niskie, deszcz wszędzie, deszcz w każdej komórce ciała nie idź za nimi dziewczynko nie wychodź z domu zmokniesz nie idź nie biegnij za nimi za zapachem mokrego bzu nie wychodź z domu w deszcz – ja muszę
deszczu tyle że miasto jak wanna podwodne tramwaje kwiaty i liście zanurzone całe (ten obraz tonącej Ofelii pod powieką) płyniemy jest ślicznie woda to ja woda na wskroś nie ma brudu nie ma kurzu nie ma twarzy wymalowanych
burza nad miastem burza co budzi nie pozwala spać zmokłam do ostatniego włókna chodząc ulicami za wspomnieniem nie zdążyłam na zajęcia za to zdążyłam się znaleźć w tym deszczu w tym mieście w tej chwili

nawet o pogodzie…

w głowie

powietrze gęstnieje i się rozrzedza, na przemian. deszcz, deszcz, jak również słońce. herbata z cytryną i kostki lodu w kształcie serca.
(byle nie lód zamiast serca, byle nie serce wypijane codziennie, bez uwagi, bez myśli, bez emocji)
jest ciepło i jest wiosna i to znaczy nie mniej i nie więcej niż właśnie to; uczę się, posypuję słowami dni, zbieram z ławek, z powiek, z twarzy krople deszczu.
obrazy fridy kahlo.
(wszystko mówi za siebie, coraz bardziej wydestylowane słowa, chwile)