stuk stuk

słonko świeci, słońce, prześwieca przez twarz, prześwietla skórę, zasłanianie twarzy kolorową chustką, wiatr i zielono już, kręcąć się, tańcząc (się), wirując, teledyski i ścieżki dźwiękowe, wesoło jest lub weselej, karuzele słów mówionych i pisanych, jakie to ma właściwie znaczenie, żadnego i tak jest najładniej, nie robić sobie nic ze wszystkiego, uśmiechać się, oglądać obrazy, obrazy, obrazy

walizka czeka, plecak czeka, kartony czekają, wszystko mruczy, wszystko iskrzy, impulsy, drobne robaczki niecierpliwości, czekamy czekamy, niedziela wkrótce, 4 dni, 3 dni, 2 dni, wystukując rytm czubkiem butka

„listen to the sound”

na uszach słuchawki, rybki dźwięków, mogłabym streścić kilka miesięcy życia wypisując tylko to czego słuchałam. albo inaczej- co czytałam. albo- obejrzane obrazy, podsłuchane słowa.

albo zdarzenia, zdarzenia- kolorowe koraliki na dnie akwarium- gdy deszcz się rozpadał i pokój tonie w wodzie, ja też tonę- po uszy w pogubieniu.

(przyszły wczoraj wspomnienia, są do dziś, nie umiem nikogo wyprosić i to zaczyna stanowić pewien problem)

figielki

rewolucje, rewelacje. kończy się kolejny pierwszy rok, kończę się w takim kształcie jakie kiedyś przybrałam. chciałoby się zakrzyknąć entuzjastycznie na tle fajerwerków i baloników: „idzie nowe!”. „evviva bella ella!” chciałoby się w świetle kolorowych światełek, lampionów, błękitnego półmroku wyszeptać: „tak się cieszę, że to już”. można tak.

wyjazd z Miasta niedługo. rząd kartonów i pudeł, wszystkie sukienki poukładane, buty niecierpliwie kierują noski ku drzwiom- wyjeżdżam, wrócę, mówię im i ciepło się uśmiecham, pokrzepiająco, kładę dłonie na książkach, kartkach, chodzę po pokoju pokonując maleńką odległość od ściany do ściany, od drzwi do okna, od domu do ulicy, z miasta do miasta. odległość. teraz jeszcze większa, jeszcze głębsza.

sypię brokat i potłuczone bombki, patrzę w wyjazd i lustro pytając (i jak zwykle nie dając odpowiedzi)