wieje

o tym, że w krakowie wieje, mówią już podobno w telewizji, w radiu pewnie też. dzwoni mama- elu, u was tam wieje, uważaj na siebie, nie chodź pod drzewami. no wieje, bardzo nawet. ledwie ośmielam się głosno wspominać, że uwielbiam taki nagły wiatr, silny i na wskroś, co przewietrzy całe miasto. tu sie wiatru nie lubi, wiadomo, halny, poddenerwowanie ludzi, nie wróży nic dobrego itp. (za to niesie zmiany i świeże powietrze)
jadę rowerem: pod wiatr ledwie ledwie, z wiatrem- to jak latanie, lekko, bez wysiłku. wiało rano, gdy wychodziłam z domu myśląc, że piękną wiosnę mamy i że spacer, że nowy pomysł na komiks, że zapuszczam korzenie. wiało popołudniu, gdy w pracy zatapiałam się w myślach- odtwarzaniu dźwięków i przywoływaniu kolorów, za oknami poruszające się drzewa, w pokoju cicho, szczelnie. a później wieczór, zajęcia z tańca i dźwięk szekspirowskiej pogody- szum i szelest, postukiwanie, wiatr, coraz silniejszy. i sms, że może jednak. nie. (dużo kosztuje mnie ta relacja i niepokój i brak gruntu pod nogami) unoszę się na wietrze, odpisuję na smsy, teraz kafejka, odbieranie poczty, jutro dużo do zrobienia, wychodzę w ciemność i wiatr
dalej i dalej

wychodzi na to, że wszystko się może wydarzyć

właśnie tak: wychodzi na to, że wszystko się może wydarzyć, to juz nawet nie jest zdawanie się na los czy łut szczęścia, to jest dryfowanie, płynna rzeczywistość i oddychanie czymkolwiek, czy to powietrze czy słowa
wszystko się też mogło wydarzyć i właściwie się wydarzyło: że dni, że noce, że nie było mnie dla nikogo, że czas przeszły to nie tylko w gramatyce, można też tak myśleć o osobach
dryfuję, to tu, to tam, energia się zbiera, złudzeń mniej, poziom cukru spada, spadają powieki na oczy, zasłona milczenia, gęsta mgła