meet me

czy to już skajne wyczerpanie, że zaczynam cytować samą siebie? taka sytuacja, gdy gryzie się swój ogon, cały czas. czasem mam wrażenie, że niebo trzęsie się, drży i wkrótce runie, prosto na głowę, odpadną wszystkie gwiazdy, dookoła będą sypać się papierki i brokat i wszędzie będzie ciemno. wiatr i otchłań- jakkolwiek obrzydliwie licealnie nie brzmią te słowa.

próbuję odzyskać spokój.

coś co ostatnio zauważyłam, bodajże na plakatach z „folii”: „jesteśmy luksusowymi zwierzętami. chcemy sie zbliżyć i uciekamy.” mhmm.

zakręt

zbliża się zakręt, a gdzie jakiś znak drogowy, a gdzie drogowskaz?
słucham sinead o’connor- podróż w czasie, by spotkać sama siebie gdy miałam jakies 10 lat, leniwe wakacje nad morzem, fale, mgły rano, wieczorem niebo pełne kolorów i piasek, gorący piasek, wszystko w odcianiach jak u holenderskich malarzy, wszystko raczej doprawione wiatrem, śpiewające mewy, stopy odciśnięte na brzegu, spacerowałam całe dnie, bez zmęczenia, masz 10 lat i w głowie cały świat, nie da się go opowiedzieć nikomu, nawet 12 lat później.
chodzi o to, że się waham, chodzi o to, że szukam stałości i nie umiem jej zatrzymać nawet na kilka sekund
coś pewnego: że oddycham, że słyszę muzykę, że będę współorganizować Reminiscencje Teatralne i bardzo, bardzo jest to dla mnie ważne.

*

do niewychodzenia z domu zmusiło mnie dopiero zapalenie oskrzeli. Wcześniej taka bieganina, ciągle i ciągle za czymś, za kimś. leżę w łóżku, drugi dzień już, szukam sobie zajęć, ostatecznie chyba wezmę się za historię teatru albo zacznę przerabiać w końcu wszystkie te sukienki, spódnice, które czekają od miesięcy na dopasowanie, zwężenie itp.- przydadzą się jak już wyzdrowieję.
w głowie trociny, nie mogę się skupić. obrazy i dźwięki przepływają, naskórkowo, bez zatrzymania się.