23

już za parę godzin: 23 lata. czas liczony od jesieni do jesieni- biegnie dalej. i ja też biegnę: na pociąg, do domu. do wiatru. i wody. nie mogę znaleźć w myślach idealnej ścieżki dźwiękowej: dla tego mrowienia pod skórą, dla tej całej gamy emocji pojawiających się falami. ogarniających i odpływających. nie umiem na to znaleźć idealnego cytatu. ani własnej metafory.
ot, jest dobrze.
i pojawia się bouvier i jego: „jeśli nie udało mi się nic napisać, to dlatego, że przez cały czas zajmowałem się przeżywaniem szczęścia”.
serce bije, czas płynie, mgła opada na kraków, tli się papieros w popielniczce, komu w drogę, temu czas. najwyższy.

tori amos „siren”

pamięć. w moim przypadku całkiem wybiórcza (jak to było? „nie opowiem tej historii tak, jak się wydazryła, opowiem ją tak, jak ją zapamiętałem”…). chcociażby to, że z wykładów markowskiego o gombrowiczu zapamiętałam tylko kilka fraz. „czarny odmęt, otchłań”. i te godziny, gdy wyobrażałam sobie tę otchłań, tę czarną dziurę, fascynującą, pochłaniającą. wyobrażałam sobie tę otchłań we wmnie i jednocześnie przypominałam lekcje biologii w liceum, gdy podobnie wycinałam tylko kilka słów, zdań, żeby wklejać je w myślach w inny kontekst („żeby nie ulec samostrawieniu, ściany żoładka wyścielone są…”). samostrawienie. zatopienie. brak ochronnej warstwy. pamięć faluje i za każdym razem co innego wynurza się na powierzchnię. jem śniadanie nad wisłą i zapach wody przypomina o dzieciństwie nad morzem, gorącym piasku, jesiennych silnych sztormach. sztorm i burza. i znów zataczanie kolejnych kół, a wszystko prowadzi do jednego, żeby za chwilkę znów zafalować i przesłonić obraz.
taka zabawa- w falowanie razem z pamięcią. banalna gierka, kalejdoskop. i chłodny krakowski wieczór, gdy widmowe wspomnienia otaczają, niemalże materializują się przybierając kształt gęstej mgły. i ta czarna otchłań, tuż tuż. i głos tori amos sączący się z głośników.
tego nie da się napisać w żaden sposób, żeby nie przyłapać się na nieznośnej grafomanii, żeby nie uśmiechać się do samej siebie z dystansem. że taka wciąż naiwna, taka egzatowana, taka wciąż nieporadna.

kokon, kokon

o tak, radość jest najbardziej rewolucyjna, jak twierdzi vaneigem.
tylko na tę radość głęboką, prawdziwą trudno mi się od paru dni zdobyć. coś uwiera. męczy. wyczerpuje. do tego stopnia, że łapię się na unikaniu wszystkich. zamykaniu drzwi na klucz. na coraz większej trudności przy otwieraniu ust. na przykrywaniu się coraz większą ilością kocy wieczorem. prowadzeniu rozmow na autopilocie. pisaniu maili coraz bardziej pełnych pustki. trociny w głowie, suche liście. szelest, szum, głuchy sygnał w uszach. coraz większe zmęczenie, którego nawet nie umiem uzasadnić.
tak jak z coraz większą obojętnością mijam ludzi, tak minie ten czas jałowy. bez zdarzeń, bez bicia serca, beztlenowy zupełnie.