wild is the wind

nagle deszcz dzwoni o szyby, deszcz opada na ziemię, razem z jego dźwiękiem wkrada się ta melancholia iście jesienna, która potrafi być tak potrzebna, którą czasem chcę zatrzymać jak najdłużej.
gorąca herbata turecka i cat power śpiewająca „wild is the wind” najpiękniej na świecie.
wszystko jest wolniejsze, czystsze, bardziej niewinne. obrazy zatrzymane, unieruchomione już na zawsze. spokój coraz głębszy. i te skojarzenia i tęsknoty, które sprawiają, że przed oczami wyświetla się jakaś równoległa rzeczywistość, poukładana i spójna. bez lęków, bez rozchwiania, bez pośpiechu i spięcia. ten deszcz, ten deszcz.
i przypomina się rilke: samotność jest tak jak deszcz/ z morza naprzeciw wieczorom wznosi się/ z równin, co dalekie są i odległe,/ płynie ku niebu, którym zawsze włada./ i dopiero z nieba na miasto opada.// kropi w bezpłciowe tu na dół godziny,/ gdy w ranek ulice wchodzą zakrętami/ i gdy ciała, co nie znalazły ni krztyny,/ odwracają się smutne, zawiedzione plecami;/ i gdy ludzie, co żarci są nienawiściami,/ jednym łóżkiem muszą spać związani://wtedy samotność płynie z rzekami… (rainer maria rilke, samotność, tłum. a.schubert).
i przypomina się marquez: deszcz padał cztery lata, jedenaście miesięcy i dwa dni(…) (gabriel garcia marquez, sto lat samotności, tłum. g. grudzińska, k. wojciechowska).
przypomina się wszystko, co było ważne. wieczory gdy zasłuchana w deszcz starałam się odnaleźć się w krakowie, gdy włóczyłam się ulicami z mokrą twarzą i głową pełną hałasu. nieprzespane noce, poranny tramwaj do centrum. i jeszcze wcześniejszy czas: deszcz w goleniowie, świeże powietrze, głębokie rany, niepokój. wtedy. i woda spływająca ulicami, odurzające zapachy. ten deszcz, to falowanie, ten szum. pod wodę, pod kołdrę, sen opada na powieki. i deszcz.