gry i zabawy

krem pod oczy i creme brulee.
balsam do ciała i balsamowanie ciała.
herbata z miodem i miodówka z cytryną.
szara miniówka i szare myśli.
„melancholia” von triera i zimowa melancholia.
lęki i leki.
kochać się w kimś i kochać się z kimś.
dobra karma i „karmacoma”.
szczęście mieć i szczęśliwym być.
oświetlenie i oświecenia.
sen i zen.
foremka do muffinów i bycie w formie.
koniec roku i koniec świata.

bawię się. bawię.

wiatr północny

mocne poranne słońce. prosto w oczy.
oświetlenie.
oświecenie.
spokój.


kupuję w automacie napój o smaku kawy i zastanawiam się jak często, gdy mówię „szczęśliwa” to sprzedaję właśnie taką kawę z automatu, słowa, na które mało kto się nabierze. tak jakby to działało: powiedz coś odpowiednią ilość razy, a stanie sie prawdą.
to nie jest kwestia usytuowania na mapie, tego gdzie i z kim śpię, gdzie trzymam rzeczy i czytam książki. to stan umysłu.
przypomina mi się zdanie, które wycięłam z jakiejś gazety i przykleiłam nad biurkiem: „północ to stan umysłu.” w pakiecie zimowa nostalgia i odrobina melancholii, na przemian z chwilami uniesienia czy zachwytu.
północ to stan umysłu. wiatr wieje też w mojej głowie. i deszcz i mewy, i mocne poranne słońce, i piasek – pod stopami, pod powiekami.
„woda ma tam codziennie inny kolor” – mówiłam, gdy ktoś pytał o północ.

ostatni łyk kawy, zgniatam kubek i zamiast myśleć o szczęściu, ruszam prosto w to słońce, nowy dzień, życie.

nowy kierunek

sopot – gdańsk główny. sopot – gdynia główna. sopot – gdynia, wzgórze św. maksymiliana. sopot – dziwnów. sopot – kraków główny. sopot, sopot.
nowe kierunki i kieszenie pełne biletów.

nie mieszkam już tam, gdzie mieszkałam i nie pracuję tam, gdzie pracowałam.
nowe trasy, ścieżki, skróty – do nauczenia się, poznania, wypracowania. powstaje plan nowego miasta i powstaje plan działania. i wszystko jest inne. ja chyba też, więc zdumiona zwiedzam siebie, poznaję nowe ścieżki, oglądam linie papilarne i układ krwionośny, połączenia nerwów, delikatne zmarszczki.
bez przewodnika i mapy – znaleźć najkrótszą drogę do szczęścia.

turn on the bright lights

budzik dzwoni, nie pamiętam co mi się śniło, ale na pewno coś ważnego.
życie rozpisane na sny i kolejne empetrójki, które jak puzzle układam w playlisty: sto najbardziej rozpaczliwych utworow, 44 piosenki o miłości i wojnie, jesienna depresja, instant satori z głośników.
no i wspomnienia.
z każdą kolejną piosenką – widzę to wyraźnie, tak to był ten moment w życiu, gdy beznadziejnia zakochana spędzałam bezsenne noce w tym małym pokoju w nowej hucie (ewa braun, „muzyka z księżyca”). albo pędziłam rozsypującym się rowerem po błoniach (merzbow!), sennie snułam się po korytarzach wydziału polonistyki i powtarzałam sobie, że nie umrę samotnie (echo is your love, „turn it off”), tańczyłam do siódmej rano w wyludnionej carycy (autechre, „icc”), z opłakanym skutkiem starałam się być najlepszą barmanką na świecie (tricky, „poems”), zbierałam kurz łapiąc stopa na wylotówkach dużych miast (jefferson airplane, „white rabbit”) , podkochiwałam się w gitarzystach (sonic youth, „drunken butterfly”) czy leniwie piknikowałam z gabrysiem i dorotką czując, że szczęście to jest to (cinematic orchestra, „every day”). i tak w nieskończoność. nie trzeba właściwie nic robić, wystarczy się położyć na podłodze, zamknąć oczy i patrzeć na życie przesuwające się pod powiekami, w dowolnym momencie ustawić „repeat track” i przez 10 godzin znów przeżywać dowolną chwilę, zawieszając się w czasoprzestrzeni, bo tzw. lista zadań na dziś może poczekać, och, wszystko może poczekać.
więc budzik dzwoni, wstaję i puszczam sobie „turn on the brights lights”, jedyną właściwą płytę interpolu, lawina wspomnień rusza, a ja mam ochotę znów wskoczyć na mój chybotliwy stół i tańczyć aż do połamania nóg albo stłuczenia kubka, to jest najgenialniejsza rozpacz i te pętle gitarowe i paul banks śpiewa „say hello to the angels”, masłowska miała rację zachwycając się tą płytą w „przekroju”, to jest ścieżka dźwiękowa do mojego pierwszego roku studiów, świat był wtedy młody, jadłam kaszę gryczaną z cebulą, marzyłam o poznaniu kuby czupryńskiego i myślałam, że zostanę naukowcem albo drugą kim gordon, to jest ścieżka dźwiękowa do wszystkiego. nie nadążam za banksem, ale śpiewam: „but each night/i bury my love around you/each night/ i bury my love around you/you’re linked to my innocence!” i „this isn’t you yet/ what you thought was such a conquest/ you’re hair is so pretty and red/ baby, baby you’re really the best”.
mówię „hello” ludziom i aniołom i bohatersko rozpoczym dzień. w głowie hałas.

krótka historia o wracaniu do siebie samej

-nie mogę się przyzwyczaić do tej nowej ciebie. jesteś taka inna.
-lepsza? gorsza?
-smutniejsza.

to było zaraz po tegorocznych wakacjach, krótka rozmowa bodajże z Antonem.
i rzeczywiście: smutniejsza. całe życie stanęło na głowie i ja też. i stałam tak, aż z kieszeni powypadały wszystkie świstki, bilety i rzeczy, które jakośtam mnie definiowały („z kwiatów, banknotow i numerów telefonów/ ktoś złoży nasz obraz” ewa braun, „muzyka z księżyca”). a potem w głowy powypadały myśli i wszystkie zdania, i metafory, i ulubione piosenki, i słowa, i pomysły. i taka ogołocona zaczęłam wszystko od nowa, szybko orientując się, że to brutalna strategia – pozbyć się definicji, pozbyć się wszystkiego, co znane.
powoli i uważnie kompletuję więc różne okruszki i coraz bardziej czuję się „swojo”. nawet jeśli z nową fryzurą, w innym mieście, bez krakowskich znajomych, bez książek, notatek i płyt, ktorych ciągle nie mam jak przywieźć. wracam do siebie. tak.