kiedyś wszystko się okaże, bo dziś to w ogóle nic nie wiadomo

nowy rok zaczął się i trwa.
po raz kolejny zamiast śniadania/obiadu/kolacji – złudzenia, którymi się kompulsywnie karmię.
np. że teraz to już wszystko będzie dobrze i szczęście wydarzy się samo, moje wnętrze wypełni błogość i bezgraniczne dobro, same dobre uczynki i wesołe piosenki.
i tak mijają dni, a ja myślę o kwiatkach i ptaszkach, żeby nie potknąć się, nie złamać, trzymać się w garści i ryzach i nie niepokoić przyjaciół niekończącymi się problemami, smutkami, apokaliptycznymi wizjami jutra.
opowiadam przez telefon doskonale dopracowane historie na temat tego, że „tak, jestem zadowolona, wszystko mi się podoba i mam naprawdę dobry plan na dziś i na jutro też”.
a potem ktoś mi mówi, że super i fajnie, że mam tyle energii i dobrych myśli.
a ja myślę, że ta cała energia jest totalnie na kredyt, a conto lepszego jutra, które przecież może się nie zdarzyć.
i wpadam w popłoch, bo zaczynam się gubić w tym całym produkowaniu hormonów szczęścia, podczas gdy czasem naprawdę mam ochotę zgasić lampkę, zasunąć zasłony, położyć się na łóżku i przeleżeć życie, przykryć się siedmiona kołdrami z Ikei czy innej krainy spektaklu i gadżetu, zamknąć oczy, wstrzymać oddech. z głośników rozbrzmiewałaby „ta moja dołerska muzyka”, czajnik by gwizdał, telefon by się rozładował na zawsze, królewna przespałaby 100 lat albo i 1000, za oknem szumiałby nadmorski wiatr, myśli zastąpiłyby zmieniające się obrazy.

zamiast tego skrzętnie planuję dziś i jutro i następne lata, robię dwa kroki do przodu i jeden do tyłu, zakręcam gaz pod czajnikiem, parzę herbatę i myślę sobie: no dobrze. żyjmy tak jak umiemy, a nuż się uda i rzeczywiście w tym wszystkim jest sens. i dobro. i energia. i nie jest to złudzenie, a realna szansa. kto wie.

po sezonie

jest styczeń, zima, a zatem po sezonie. i nie chodzi o „sezon” wojaczka.
jurata.
piękny słoneczny dzień, lśniący szynobus zatrzymuje się na odrapanej stacji pkp. zamiast przepychu i splendoru – typowa senność i melancholia turystycznej miejscowości po sezonie. urok opuszczonego lunaparku.
opustoszałe hotele pamiętające tzw. miniony ustrój. w poczekalni zamiast gości na ławce siedzi wielki plastikowy mikołaj.
w hotelowej restauracji zajmujemy stolik z poplamionym obrusem, blisko niedziałającego grzejnika. w wielkiej sali kilka stolików dalej para niemców studiuje wystrzępione menu. jest po sezonie, a więc nie wszystkie potrawy są dostępne. i nie wszystkie napoje. jest po sezonie, dlatego nie warto drukować nowego menu. dwa zajęte stoliki oznaczają „ale dziś ruch”. pierogi ruskie i zmiana lokalu.
 morze huczy, silny wiatr kołysze koronami wysokich sosen. po pustej ulicy biegają szarorude koty goniąc suche liście i papierki, mijamy odrapane konstrukcje wakacyjnych kramików i barów rozebranych z kolorowych plandek i płyt osb. melancholia wzbiera, rozczulenie wzrasta. budki z kolorowymi lodami czy goframi z frużeliną zamknięte na cztery spusty, blaszane rolety opuszczone. jest pusto, coraz ciszej i ciemniej.
nad morzem koniec lata jest jak koniec świata. wszystko zwlania, zamiera, karuzela przestaje sie szaleńczo kręcić, przepalone kolorowe żarówki gasną, brokat i puder się osypują, zamiast nich – pajęczyny i kurz.
ktoś przejeżdża powoli na rozklekotanym rowerze. to jest sceneria jak z filmu o ostatnim dniu istnienia świata: puste uliczki, wiatr, gałęzie, ‌świstki, radio przygrywa, restauracja „czynna cały rok” dziś jest nieczynna, kucharz za dużo wypił poprzedniego dnia.
pusta plaża, plastikowe krzesełka i zawieszenie w bezczasie. zimą miasto nie udaje, nie stroi się w kolorowe piórka czy kramy z tanią książką, nie uwodzi straganami z muszelkami czy obrazkami z bursztynu.
jest po sezonie, a zimowy sen potrwa do czerwca, może do lipca.

powoli idę uliczką i wypunktowuję w myślach tę melancholię, tę senność i ten nieuchwytny urok i mimowolnie się uśmiecham.
i po raz kolejny obracam w głowie to zdanie wyrwane z jakiegoś artykułu: „północ to stan umysłu”. senna, zimna północ.
w ostatniej otwartej restauracji jemy wczesną kolację, wypijam ostatnią kawę, żegnam się i wracam.
od siebie. do siebie.
tak.