*

dałam się nabrać na wiosnę. więc o 3 w nocy wracałam z pracy skulona, odziana jak zwykle za lekko, jak na tę wichurę i mżawkę, bez czapki, bez kurtki, bez jednej myśli w głowie. przyniosłam do domu ciastko w plastikowym pudełku, radiowe hity w głowie i obce zapachy, które zmywałam gorącą wodą i olejkami, żeby móc położyć się spać czując się sobą. jeszcze sobie powtarzam, że ta praca to tak na teraz, że to nie tak, że jest poniżej ambicji i że nie tego chcę, jeszcze mi nie szkoda życia na takie życie.
wystawiam więc głowę za okno, że wytrząsnąć z głowy to radio, ten dziwny zbitek shakiry, madonny i gotye, wiatr świszczy, szumi, unosi pasemka włosów, orzeźwia i otrzeźwia i bije po twarzy, a ja próbuję ułożyć sobie playlistę do snu, na ten moment, gdy jedyne co mogę sobie powiedzieć to: byle do lata.

black coffee

na wszystko jest piosenka, ścieżka dźwiękowa do każdej chwili nieomal.
więc o poranku nastawiam na całą parę „żurawie” kapeli ze wsi warszawa, w oczach przekornie stają mi jak zwykle gdańskie żurawie stoczniowe, parzę mocno czarną kawę i szykuję się do pracy. ostatnie chwile beztroskiego bezrobocia i przelotna myśl: „nie chcę mi się”. jeszcze nie opór, ale lekka niechęć, która zawsze się pojawia, gdy mam zrobić coś, do czego nie jestem przekonana.
byłam w weekend na warsztacie „zarabiam robiąc to, co kocham”. wiem co kocham i jak na tym zarabiać, ale jeszcze długa droga przede mną, więc dziś będę zarabiać na tym, czego pewnie nie pokocham, ale może się czegoś nauczę i będę o jeden krok bliżej celu. a może po prostu lekko wypcham portfel, co też jest jakimś rozwiązaniem. tak czy siak, słońce świeci, północny wiatr szaleje, w nocy padał deszcz, a teraz niebo jest błękitne i z głośników płynie fraza: „idźcie dzieci do domu i nie służcie nikomu!”. i zaraz potem przeskakujemy w echo is your love, „i don’t go to my friends parties” i czuję się choć przez chwilkę ześrodkowana i niezwyciężona, gdy razem z Neą śpiewam: „this is my meditation/the noise/the silent inside//with my meditation/tommorow will be/wil be better”.
tommorow will be better!

wiosna

wiosna tuż tuż. pod palcami (bez rękawiczek na dłoniach), pod powiekami, wewnątrz głowy i serca. i spacer po Gdańsku i ten niekończący się zachwyt Trójmiastem, może dziwny, może bezpodstawny tak naprawdę, ale jednak zachwyt.
„piękno rani duszę” podobno. piękno świata i życia, jakie czuję, rzeczywiście jest przejmujące. do zachłyśnięcia. do łez nieomal. nie wiem skąd się to bierze, na jakiej podstawie mój mózg znów generuje jakąś ogromną ilość hormonów szczęścia, ale nie opieram się, niech ten stan trwa jak najdłużej. może jeszcze nie jestem kuloodporna, najlepsza, najfajniejsza i najbardziej przedsiębiorcza, ale za to trochę się zbliżam do stania się kiedyś własną superbohaterką.
a tymczasem wiosna nadchodzi, śnieg się już prawie całkiem stopił, lód puścił, zatoka codziennie olśniewa odcieniami lazuru przechodzącymi w granat, a jedyne problemy, to problemy finansowe, a jak to mówił Arek: „to nie są problemy”.

jakby w głowie cały czas buzowały bąbelki szampana.