kap kap kap

deszcz. rozchorowałam się i patrzę na świat przez okno.
wichura. i deszcz.
woda spływa po szybie.
woda na śniadanie, obiad i kolację.
jestem chora i chyba odrobinę nieszczęśliwa, pada deszcz, a przyjaciele są setki kilometrów stąd.
leżę w łóżku, „piję źródlaną wodę/wypłukuję wszystkie toksyny”, przez uchylone okno wpadają dźwięki i zapachy, które dziś mnie nie dotyczą i nie kuszą. dziś odpoczywam. nadrabiam lektury, przesłuchuję płyty, znajduję kolejne obsesje muzyczne. myślę. tak też jest dobrze. a deszcz przestanie kiedyś padać.

softcore

„i used to be hardcore. now i’m softcore”.
myśli zastąpione przez cytaty, urwane zdania, fragmenty filmów, piosenki.
zaplanowałam sobie szczęście, wywróciłam życie do góry nogami, podjęłam wywrotową decyzję i teraz wszystko zależy ode mnie. na 10 dni euforii przypada 1 neurotyczny, zapętlony, nostalgiczny, sentymentalny albo przerażający. dzień, w którym zamiast realizować ambitne plany i projekty, wyszukuję sobie jakiś smutny cytat, rzewną piosenkę, książkę, wspomnienie, cokolwiek. i obracam to w głowie, aż do znudzenia, aż do dojścia do punktu, w którym wszystko traci sens i myślę o końcu świata, reżimach, ludobójstwie albo pękniętych sercach, przyjaciołach, których opuściłam, mieście, którego nigdy nie pokochałam, ale w którym życie było takie łatwe. to jest ta druga strona medalu, cena, jaką się płaci za chęć bycia szczęśliwym. wyrzuty sumienia. lęk. przerażenie. bezdech. stres.

mięknę. zamiast podbijać świat uświadamiam sobie, że wcale nie jestem taka silna, wcale nie jestem odważna, wcale nie jestem taka mądra. inteligencja, talent, genialne pomysły na własne życie – to przeraża i paraliżuje czasami. oczekiwania, jakie mam wobec siebie samej.
spędziłam cały dzień w łóżku, zawinięta w kołdrę, oglądająć seriale, płacząć przed ekranem, wstydząc się przed samą sobą i znajomymi, którym przez telefon opowiadałam o tych fajnych rzeczach, które zamierzam zrobić.
jest to jakiś sposób na odreagowanie. odpuścić sobie na moment, odwiesić do szafy kostium superbohaterki. świat nie ucieknie. życie nie ucieknie. a nawet jeśli.
softcore.
i ta piosenka: „unlike me” w wersji acapella, kate havnevik.

„lack of iron and/or sleeping”

a więc jednak wiosna, może jeszcze nie na całego, nie rozbuchana i wszechobecna, ale już trochę bardziej, niż mniej. cieplejszy wiatr wkrada się pod czapkę, nieśmiałe słońce i coraz mniej chmur, powoli na nos wracają wiosenne piegi. radość. i zmęczenie też, bo praca. ostatnio nawet bardziej zmęczenie, niż radość.
wyznaczam sobie coraz ambitniejsze cele, wymagam od siebie coraz więcej, chcę wszystko już, teraz, w tej chwili, bo wiosna, rozkwit, supermoc i superbohaterka, świat nie może być zły lub kiepski, skoro wiosna. teraz już wszystko musi być jak najlepsze. wiem, że życie tak nie działa, a przynajmniej zazwyczaj tak nie działa, ale ta niecierpliwość, ta niecierpliwość, przebieranie nogami, stukanie palcami o blat – to wszystko trochę wypacza moje poczucie bycia szczęśliwą w Trójmieście. owszem, nawet wszystko mi  się układa i myśli mam jasne i czyste, jestem zdrowa, pracuję, mieszkam, bywam. ale potem nagle coś, jak malutki paproch w oku, drażni, niepokoi, kłuje i wybija z tego radosnego rytmu. i wtedy przypominam sobie, że właściwie to nie jestem taka bardzo, bardzo szczęśliwa, spełniona. oglądam wzruszające filmy, czytam porażające książki (seria reportażowa z Czarnego), muzyka chwyta za serce, tęsknota za porzuconymi przyjaciółmi ściska za serce aż do bezdechu. jestem wewnątrz innego życia, w nowej, egzotycznej scenerii i chcę, żeby było tak fajnie, jak sobie zaplanowałam. zamiast tego oglądam się za siebie, marszczę brwi i nie wiem. nie wiem co chcę właściwie powiedzieć i co w tej chwili właściwie myślę. chodzi o to, że dobrze mi się żyje i chyba nie jestem z takim stanem oswojona. i czasem wątpię, czy to jest tak, jak chciałam. a jeśli tak, to może się gdzieś pomyliłam, przyjęłam złe założenia. chodzi o to, że ta trójmiejska inność fascynuje, ale też dziwi i jeszcze się nie do końca dopasowałam do tutejszego tempa i sposobu życia. i jeszcze wiosna, z którą zawsze wiążę wielkie nadzieje, a potem jest jak z mydlaną bańką i w czerwcu marzę o październiku, bo jesienią jest najładniej i można bezkarnie i bez wstydu płakać przed telewizorem czy nad książką, można przykryć się kilkoma kocami i spać długo, bo i tak jest szaro i wietrznie. można funkcjonować choć chwilkę na autopilocie i nie czuć się źle, gdy nie robi się tych wszystkich fajnych rzeczy.
przesilenie i przemęczenie. przejdzie mi, na to liczę.