tango milonga

późny obiad w barze mlecznym koło domu. ziemniaki, suszony koperek, kiszona kapusta, tania czarna herbata w szklance arcoroc. pracownice w nietwarzowych fartuchach. farba olejna. zdekompletowane sztućce. wazoniki z sztucznymi kwiatami. zaparowane szyby. puste stoliki. zmęczone twarze. spracowane dłonie. delikatny smutek.
myśli układają się w jak najprostsze zdania, jest skromnie, spokojnie i nostalgicznie. stare „tango milonga” dobiegające z radia chwyta mocno za serce i nie daje o sobie zapomnieć. „żegnajcie, dawne wspomnienia/ żegnajcie, burze i serc uniesienia/ czas wszystko odmienia”.

i po świętach

kwiecień-plecień.
wiosna nadal nie może się zdecydować.
długie spacery. po plaży, lesie, mieście, sklepach. bywanie tu i tam. zapachy i dźwięki. ziemia. liście. morska woda. miętowa herbata. ciężkie hiszpańskie wino. dym w piwnicznej palarni „Buffetu”. wiśniowy jogurt. świeżo zmielona kawa. papier, na którym chcę napisać ważny list. perfumy. odżywka do włosów. świeża trawa cytrynowa i szczypiorek bujnie rosnący w doniczce. i rzeczy, które nie pachną: zbliżająca się przeprowadzka. projekty i pomysły pochłaniające bez reszty. dobre dziś, dobre jutro.

świąteczna notka z opóźnieniem

niecałe 300 km. 7 godzin. pociąg, autobus, przesiadka, Szczecin wita słońcem,
Dziwnów wita wiatrem. pieczenie sernika i śnieg za oknem. morze
jest tak blisko, że przez stare okna słychać jak szumi. koty mruczą albo
buszują po kuchni czekając na smakołyki, a my się dużo i głośno
śmiejemy. i przypominam sobie, jak kiedyś przyjechała w wakacje
koleżanka z Krakowa, a ja próbowałam ją przygotować na potkanie z moją
rodziną mówiąc: „wiesz, ale oni wszyscy są trochę jak z filmów
Kusturicy”. rozgardiasz i mówienie na raz, zamieszanie i szybka
aktualizacja: co u kogo? kto z kim? plotki i historyjki.
fajnie jest w domu. nie tylko od święta.

w drogę

295 km. z jednego domu do drugiego. podróżuję. nadal się tym cieszę, nawet jeśli to zwykle jeżdżenie pociągiem po Polsce. nie śpię, choć za 4 godziny pobudka. słucham ładnej muzyki i myślę, jak dobrze by było popodróżować w czasie i znów być zakochaną na zabój, tęsknić, nie umieć być cyniczną, popełniać małe błędy i mieć świat u stóp. śmiać się w ciasnej kuchni przy Paulińskiej i mieć na wyciągnięcie ręki najbliższych i najlepszych ludzi, jakich kiedykolwiek spotkałam. płakać. chodzić na koncerty. nosić kolorowe ubrania. wiedzieć mało. mieć to wszystko jeszcze przed sobą. mieć czyste spojrzenie i nieśmiałość.
kot mruczy i sen się uopmina o mnie. walizka niespakowana jeszcze, ubrania porozrzucane. cichutko z głośników sączy się Preisner na przemian z pierwszą płytą Kristen. jakby wszystko było wczoraj.

popłoch

zainfekowanie mediami.
ich językiem.
spłyceniem.
banalizowaniem.
wyzwalaniem w ludziach niskich instynktów.
czytam o proteście środowiska teatralnego i cierpię. do żywego mięsa. komentarze pełne jadu, w których ktoś stara się przełożyć okrutne wolnorynkowe zasady na kulturę czy sztukę.
nienawiść.
neoliberalizm.
populizm.
zło.
to taki moment, w którym z przerażeniem uświadamiam sobie, że wygenerowałam sobie bańkę mydlaną, w której żyję i wydaje mi się, że wszyscy ludzie są wrażliwi, mają serca, nie jedzą mięsa, znają znaczenie słowa etyka czy moralność, starają się żyć tak, by nie krzywdzić i nie niszczyć. bum, i czar pryska i przez dwa dni myśli kierują się ku apokalipsie i upadkowi, oczy mam szeroko otwarte, oddech płytki i kompletnie nie wiem co robić. i ta rozpacz zatacza globalny krąg i przed oczami mam wszystkie złe uczynki, jakie tylko są możliwe. i nie ma kraju, w którym możnaby się schronić, poprosić o azyl polityczny i robić swoje bez strachu o jutro.
czarne chmury. gęste chmury.
jak koła ratunkowego chwytam się Grotowskiego: „moje stanowisko było następujące: <<nie po to się trudzę, żeby wygłaszać przemówienia, lecz aby powiększać wyspę swobód, jakich jestem nosicielem; obowiązkiem moim nie jest składanie deklaracji politycznych, tylko wybijanie dziur w murze>>. rzeczy, które mnie były zakazane, winny być dozwolone – po mnie; trzeba aby drzwi, dotąd zamknioęte na cztery spusty, zostały otwarte. kwestię wolności i tyranii muszę rozwiązać przez stosowanie środków praktycznych – co oznacza, że moja działalność ma pozostawić żywe ślady, ż y w e  p r z y k ł a d y  w o l n o ś c i. (…) należy stwarzać fakty dokonane; nie ustępować nigdy, ale zawsze stawiać choćby jeden krok naprzód, a po nim jeszcze jeden. jest to właśnie problem społecznego działania poprzez kulturę.” [fragment "tu es le fils de quelqu'un", odczytu Jerzego Grotowskiego wygłoszonego w 1985 we Florencji z okazji otwarcia Workcenter w Pontederze, przekład Ludwika Flaszena]
więc dobrze. odgarniam włosy z twarzy, unoszę ją ku górze, prostuję plecy i ruszam ku kolejnym dniom, z wątpliwościami, ale i determinacją. staram się głębiej oddychać, przypomnieć sobie „jak żyć”.
stuk stuk, odmierzam kroki i zdobywam się na blady uśmiech. to życie, ten świat – musi się udać. musi. nawet jeśli nie od razu.

a radia już nie włączę.