dużo ginu, dużo dymu

parapetówka w nowym mieszkaniu i nadal dobro. od tego całego zamieszania i nieuzasadnionego szczęścia czasem kręci mi się w głowie, bo jest jak na karuzeli, szybciej i szybciej, zmieniają się obrazy, kolory, piosenki, wszystko wiruje i nie wiem dlaczego, ale budzę się szczęśliwa. jakby wszystko było nowe, jakbym miała kilka lat i dopiero co nauczyła się chodzić i nawet jeśli miałabym podrapane kolana, to nadal jest fajnie. ekscytacja rzeczywistością, jakakolwiek by ona nie była. przed snem zapętlam playlistę Daughter i bardzo chcę się zakochać tak, jakby to był pierwszy raz w życiu, z fajerwerkami, emocjami, silnym biciem serca, jak na rowerze, gdy zjeżdża się z górki (na pazurki!) i przez moment traci kontrolę. i ta przeraźliwa młodzieńcza naiwność, którą wspominam z uśmiechem i myślę, że mimo wszystko to było lepsze niż wątpienie i nieufne uprzedzanie ewentualnych ciosów od życia.
słońce świeci coraz częściej i coraz mocniej. idzie lato. nie wiem jakich słów użyć na to wszystko i jak je skomponować w gładkie i łądne zdania, ale chodzi o to, że nawet jak nie wiem co będzie jutro, cieszę się, bo dziś.

new girl in town

zmiany i kolejna przeprowadzka. jeszcze jedną nogą w Sopocie, drugą już w Gdańsku.w obu mieszkaniach pakunki i kartony. do przewiezienia, do rozpakowania. i pierwsza noc w nowym mieszkaniu. przyjeżdżam w nocy, zrzucam plecak i słucham pociągów przejeżdżających pod kuchennym oknem. kot obwąchuje kąty i buszuje po pomieszczeniach, ja od jutra będę robić to samo. gdzie po warzywa, a gdzie po chleb, najbliższy nocny, najbliższy targ, bankomat, przystanek tramwajowy. ze stoperem mierzę drogę do stacji eskaemki, studiuję rozkład ulic i mam nadzieję, że zapuszczę tu choćby wątłe, to jednak: korzenie. jest noc, przez okno wpada miasto i gęste powietrze, zanosi się na deszcz. zanosi się na zmianę.

ciepło

pierwsze naprawdę ciepłe dni w Sopocie. lekkie ubrania, lekkie powiewy wiatru, lekko na duszy. jest ciepło i nieco duszno, kwitną wiśnie i jaśminy, pachną intensywnie, ich zapach odurza. późnym popołudniem niebo jest jasne, a chmury mają kolor stalowoszary. wychodzę z pracy, kilka minut później już jestem na plaży, jest cicho i słychać o czym rozmawiają ludzie spacerujący brzegiem wody. ptaki. zimny piasek pod stopami. w nocy pewnie spadnie deszcz, a ulice zasypią się płatkami kwiatów.
od soboty wstęp na molo jest płatny, kawiarnie rozstawiają ogródki, z płyt osb i plandek szybko powstają plażowe bary. byle zdążyć przed sezonem, przed euro2012, przed falą upałów. już niedługo zapach wiśni, drewna i gofrów zostanie wyparty przez woń starego oleju, grubo panierowanych ryb, ciężkich perfum, piwa i potu. zapach wakacji.
to dobry moment, żeby się nasycić, upić, odurzyć, odświeżyć wspomnienia z dzieciństwa, po czym spakować walizki i torby i się przeprowadzić. kolorowy dywan z atrakcjami rozwija się coraz bardziej na sopockiej ziemi, robi się głośno, pstrokato i jeszcze drożej. to dobry moment, żeby powiedzieć „do widzenia, do jutra” i zamieszkać gdzie indziej, ewakuować się. z uczuciem ulgi i żalu jednocześnie.
znów i znów: idzie nowe.