„nic się nie stało, bo nic się nie działo

późna kawa, ostatni papieros, stos papierów na biurku, plany i marzenia rozgrzebane, bałagan i spokój.
jakbym odwiesiła samą siebie do szafy na jakiś czas i teraz ponownie założyła, żeby sprawdzić, czy to wszystko, z czego się składam jeszcze pasuje, jeszcze dobrze leży i da się nosić. pozornie nie zmieniło się nic. ale patrzę jakby znów świeższym okiem, oddycham równiej i głębiej, nie naciskam, nie szamoczę się, nie walczę. całe to błądzenie może być równie dobrze zwiedzaniem, zaszycie się w domu odpoczynkiem, a kryzys może minąć i okazać się najlepszym, co się mogło przydarzyć.
to prawda, „pod koniec dnia znosimy znacznie więcej,|niż nam się wydaje, że damy radę.” [Frida, reż. Julie Taymor]
zapętlam przed snem dwie płyty Arms and Sleepers i czuję, że jutro będzie jeszcze lepiej i pojutrze też. a jeśli nawet nie, to prędzej czy później i tak.

summer is almost gone

może i jestem złym prorokiem, ale jesień już przyszła, trwa, rozgoszcza się i zrzuca coraz częściej i mocniej krople deszczu, zsyła chłodny wiatr w coraz wcześniejsze wieczory i za nic sobie ma letnią beztroskę, wylegiwanie na plaży i chodzenie w japonkach.
cieplejsze ubrania, koce, coraz gęstszy kokon.
mierzę czas od jesieni do jesieni, do kolejnych urodzin, do corocznego poczucia, że jesień ześle mi coś dobrego i odzyskam siłę. po intensywnym lipcu i okrutnym sierpniu – jesienny zastrzyk energii, deszcz na twarzy, zapach morskiej wody, dobro i przypominanie sobie gdzie w tym wszystkim jest sens. czekam na to bardziej niż na cokolwiek ostatnio, więc niech już skończy się ten sierpień, z całym jego nadmiarem, ciężarem i smutkiem tak dużym, że aż niestosownym, bo przecież jeszcze świeci silne słońce i jeszcze kwitną letnie kwiaty. „jeszcze przez chwilkę będzie pod górkę, ale potem zobaczysz jak będzie fajnie pomknąć do przodu, rozpędzić się”. głębiej oddychać.