„april is the cruellest month”

koniec marca, początek wiosny. nadal zimno.
fotospacery, z których wracam bez żadnego zrobionego zdjęcia, bo szaro, mokro, wietrznie i tak bardzo jałowo. napady nostalgii. za studiami i intelektualnym fermentem. za Krakowem, gdzie w każdym miejscu i o każdej porze można było znaleźć godnych partnerów do poważnych rozmów (jak to się stało, że nikt z moich trójmiejskich znajomych nie czytał T.S. Eliota?). za młodością, kiedy było mniej wątpliwości (choć to złudzenie, bo zawsze miałam ich za dużo, to tylko czas wypacza wspomnienia). rozsądny człowiek wzruszył by ramionami i zrzucił wszystko na przesilenie wiosenne, fizyczne osłabienie po zimie. próbuję więc być choć trochę rozsądnym człowiekiem i zracjonalizować w ten sposób wszelkie niepodjęte decyzje, nieprzespane noce, niezjedzone śniadania, odwlekane wielkie porządki czy wykręcanie się od spotkań towarzyskich. taki czas, powtarzam sobie. jest i minie.
nad ranem słychać coraz więcej ptasich głosów. wiosna za chwilę nadejdzie i wyrwie mnie z tego dziwnego stanu zawieszenia między szczęściem (mimo wszystko) a melancholią. zawsze wyrywa. potrzeba tylko trochę silniejszego i cieplejszego wiatru. a póki co jeszcze przez chwilę: ucieczki w poezję, ucieczki w filmy, ucieczki w siebie, nieszkodliwa prokrastynacja odmieniana przez kolejne przypadki, wpatrywanie się w bezlistne drzewo za oknem i odtwarzanie z pamięci „Jałowej ziemi”. jeszcze chwila.