O Elle Lou

śpię od ściany.

„april is the cruellest month”

koniec marca, początek wiosny. nadal zimno.
fotospacery, z których wracam bez żadnego zrobionego zdjęcia, bo szaro, mokro, wietrznie i tak bardzo jałowo. napady nostalgii. za studiami i intelektualnym fermentem. za Krakowem, gdzie w każdym miejscu i o każdej porze można było znaleźć godnych partnerów do poważnych rozmów (jak to się stało, że nikt z moich trójmiejskich znajomych nie czytał T.S. Eliota?). za młodością, kiedy było mniej wątpliwości (choć to złudzenie, bo zawsze miałam ich za dużo, to tylko czas wypacza wspomnienia). rozsądny człowiek wzruszył by ramionami i zrzucił wszystko na przesilenie wiosenne, fizyczne osłabienie po zimie. próbuję więc być choć trochę rozsądnym człowiekiem i zracjonalizować w ten sposób wszelkie niepodjęte decyzje, nieprzespane noce, niezjedzone śniadania, odwlekane wielkie porządki czy wykręcanie się od spotkań towarzyskich. taki czas, powtarzam sobie. jest i minie.
nad ranem słychać coraz więcej ptasich głosów. wiosna za chwilę nadejdzie i wyrwie mnie z tego dziwnego stanu zawieszenia między szczęściem (mimo wszystko) a melancholią. zawsze wyrywa. potrzeba tylko trochę silniejszego i cieplejszego wiatru. a póki co jeszcze przez chwilę: ucieczki w poezję, ucieczki w filmy, ucieczki w siebie, nieszkodliwa prokrastynacja odmieniana przez kolejne przypadki, wpatrywanie się w bezlistne drzewo za oknem i odtwarzanie z pamięci „Jałowej ziemi”. jeszcze chwila.

„wszystko co ludzkie zawstydza mnie / naprawdę wolę kamieniem być”

już nie wiem co czytać, jak żyć. jeśli w końcu trzeba będzie uciekać stąd, to do jakiego kraju. gdzie jest ta bardziej zielona trawa.
kręcę głową z niedowierzaniem, wciąż. i wciąż. i wciąż. jakbym w ogóle przez lata nie zmądrzała, jakbym nie nauczyła się nabierania dystansu. zasady i wyobrażenia, które wpajasz sobie mając lat naście, na podstawie książek, pięknych filmów, poezji, obrazów. wiesz, że może istnieć piękno, bo przecież z nim obcujesz. a później masz lat 30 i dotąd nieznane lęki: przed własnym krajem, przed ludźmi w nim żyjącymi. i wyrzuty sumienia, bo przecież spokojny budda nigdy nie zapragnąłby żeby ich wszystkich nie było, raz a dobrze. lęki, lęki, niepokoje, frustracje. niepotrzebne, pozbawiające energii, ale co jakiś czas powracające. jak wciąż nieodrobiona lekcja.
przy łóżku stosik z różnych reportaży (Czarne nigdy nie zawodzi), „Eseje” Woolf i jak zawsze Neruda. szklanka wody i głębokie oddechy. co innego pozostaje.

dni, miesiące, lata

kiedy jestem szczęśliwa,
milczę.
nauczyłam się też milczeć, kiedy jest bardzo źle.
i tak nie-isnieją: nienapisane zdania, niewypowiedziane frazy, nieodnotowane myśli, niezarejestrowane wspomnienia.
pewnie kiedyś będę żałować i jednych i drugich, że ich nie ma tak, jakby nigdy nie było. dlatego wracam. tutaj też.

„all the same”

co roku nabieram się na wiosnę. za wcześnie zakładam tenisówki, zbyt ochoczo chowam swetry wgłąb szafy, wychodzę na za długie spacery prosto w chłód, żeby nałykać się tej niby-wiosny. światła. chyba o nie chodzi. rano, kiedy ulice są prawie puste i na szybie wysokiego bloku widać słońce w kolorach pożaru. popołudniu, kiedy widać każdą gałąź na gołych jeszcze drzewach, a zimne światło niemal oślepia. i niebo bez chmur, w różnych odcieniach szarości.
dziś też spacer, bo to jedyny wolny dzień. jeszcze zimowo i w bladych odcieniach, ale mimo wszystko dobrze. mikroszczęście, które trwa kilka sekund. w międzyczasie, między bankiem a zakupami. jakby w jeden dzień dało się nadrobić wszystko i jeszcze nie zapomnieć kim się jest. zwalniam kroku wracając ze sklepu, nasłuchuję i buduję to szczęście z drobiazgów. na zapleczu centrum handlowego szumią wentylatory, skądś kapie woda, butelka wina obija się o słoik z suszonymi pomidorami, kolejne auta przejeżdżają. miejski szum. w ręku gazeta i wywiad z Tarasewiczem. wszystko jest takie samo jak każdego innego dnia.  powrót do domu. zapach bergamotki. z głośników „The long arm of coincidence” Jessamine, bo szczęście potrzebuje utrwalenia w dźwiękach, a ta płyta jest doskonała.
na przekór prozie życia, na przekór temu, że czasu czy pieniędzy jest ostatnio za mało, a pracy za dużo, na przekór zimie, która chyba jeszcze chwilę potrwa, na chwilę daję się nabrać i nucąc razem z wokalistką wyobrażam sobie że wiosna już jest, a mi wcale nie potrzeba niczego więcej, bo przecież mam wszystko.

„będzie nic” (m. cieślak)

parafrazując sytuacjonistów: „my thoghts have been replaced by songs lyrics”. kolaże ze zdań, fragmentów, fraz. kolizje. wewnętrzny dialog z czyichś myśli toczący się wewnątrz mojej głowy. maciej cieślak i paul banks. interpol, więcej interpolu. htrk. ścianka. kristen. bjork. cat power i echo is your love. zdania wyrwane z piosenek, zdania wyrwane z wierszy. świetlicki. podsiadło. albo neruda. fragmenty z herty muller. sceny z filmów.
jak w sylwestrową noc. co i rusz gdzieś wybuchają fajerwerki innego koloru, kształtu. i następne, więcej i więcej. „my hunger is hungrier, then i’ll starve”. „your love is so succesful, it’s perfect, it’s synthetic”. „nie dam ci nic i ty nie dasz mi nic, mieszkamy na zupełnie innych drzewach”. „this is my meditation: the noise, the silence inside”. „eat your heart”.
zimowy spacer i kołaczące myśli, odbijające się od ścianek. a w nocy znów śniło mi się wszystko. na powiekach sól. i na policzkach sól.

powoli

sprzątam. od wczoraj. zakopana w swoim starym życiu, sortuję, wyrzucam, odkładam do pudeł, na kiedyś. via negativa. redukcja, pozbycie się wszelkich zbędnych elementów. zakłóceń.
robię miejsce na nowe. nieśpiesznie, z namysłem. to nie był łatwy rok. może za dużo pochopnych decyzji. za mało cierpliwości. wszystko w biegu. więc nowe. inne.

słucham starych kaset, „puk puk” nosowskiej. i cały czas zastanawiam się, czy to kiedyś minie: to poczucie,  że szczęście czasem wydaje się zbyt duże, żeby móc je udźwignąć. że niemal męczy i sprawia, że robię krok lub dwa do tyłu, w bezpieczne i znane neurotyczne tereny. już to kiedyś pomyślałam, może też napisałam: boję się, że nie przestanę się bać. a może to ta jesień, listopad. może niewłaściwa płyta na dziś. spóźnione pourodzinowe refleksje, bo czas płynie. a może banał i nie ma co wątpić, wybiegać myślami za bardzo do przodu.

zmiany, zmiany, zmiany.