tempo

coraz szybsze tempo, coraz większy pęd, coraz silniejszy wiatr i głośniejsza muzyka w słuchawkach. biegnę, biegnę. szybko, żeby tylko zdążyć przed zimą, żeby całe życie wydarzyło się teraz, dziś. omijam etapy, idę na skróty, nadwyrężam siły, organizm, testuję gdzie są granice. wiem, że tak nie wolno, ale chcę już. zanim zorientuję się, jak potwornie jestem wycieńczona, zanim zorientuję się, że już nawet nie wiem w jakim kierunku biegnę.

„cause i know we’re all free to be who we want to be”

od trzech dni w słuchawkach „Amanita” Bardo Pond. od trzech dni wspomnienia, bo kolega mi ją nagrał i to było jak najlepszy komplement („nagrałem dla Ciebie kilka płyt, które mi się najbardziej z Tobą kojarzą”). cały ten czas wraca, w głowie slideshow z dawnego krakowskiego życia. piękno, piękno. jak u Herty Muller: „skąd mogliśmy wiedzieć, że byliśmy wtedy szczęśliwi”. no skąd. a było tak dobrze, tak prosto i absolutnie wszystko było możliwe. na wyciągnięcie ręki: wielkość, jakość. i te głębsze przeżywanie wszystkiego, po końcówki włosów, po paznokcie.

więc „Amanita” i wspomnienia, w idealnym momencie, bo wczoraj naprędce spakowałam walizkę, szybko popędziłam na dworzec i oto jestem w Krakowie. jeszcze to do mnie nie dotarjło, póki co pierwsza herbata u przyjaciółki w kuchni i jak zawsze jesienny deszcz. jak zawsze aż huczy od przemyśleń. perspektywa. pobyć z dawno niewidzianymi przyjaciółmi, w dawno nieodwiedzanych miejscach, pobyć z samą sobą i zapytać się jak to będzie po powrocie. do tego Unsound i tak dużo muzyki, że na samą myśl: gęsia skórka, ekscytacja. o tak.

ale

znów jesień. i znów w biegu, pędzie, szaleńczym pośpiechu. silny wiatr wieje od morza, pogania. praca, druga praca, życie, kultura, biegnę, biegnę, w słuchawkach zwiększam głośność, omijam etapy, skracam drogę.
i może jeszcze oglądam się za siebie, ale niekoniecznie na siebie i potem takie dni, że wolne, a ja już chyba nie umiem ani usiąść, ani zasnąć, sprawdzić, czy jeszcze jestem: szczęśliwa. spokojna..wyspana. na dobrej drodze.
niby nic nie umyka. niby lepiej nie było. niby wszystko mogę. niby spadam na cztery łapy. tylko czasem coś. tylko czasem ktoś.

pierwszy lepszy dzień z brzegu

stare dobre radiohead, stare dobre massive attack, pierwsze płyty tricky’ego, grotowski, podsiadło, neruda, ostatnie ciepłe dni, zapach rozgniecionych na chodniku mirabelek, zimne noce, powroty do domu ostatnią kolejką, wiersze, wiersze, beckett, szekspir, do napisania listy, do przeczytania stos książek, do znalezienia lepsza praca i szczęście, jesienna nostalgia i wieczne powroty do tego, co było kiedyś i wytrzymało próbę czasu i pamięci, to wszystko układa się warstwami wewnątrz mózgu, płynie, śni mi się i tworzy kolejne tory myślowe, gdy idę do pracy lub z niej wracam, gdy kładę się spać, gdy biorę kąpiel i staram się zrelaksować, bo jest trochę ciężko i stawiam sobie wyzwanie, chcąc utrzymać dobry nastrój.
niedługo minie rok w Trójmieście, mam ochotę ponumerować dni i noce, ułożyć do nich playlisty i okrasić kilkoma słowami, skatalogować wszystko jak Janina Turek, policzyć stres i bezsenność, policzyć dobre i złe chwile, tańce do rana, pocałunki, nieudane randki, przelotne spojrzenia, zmęczenie i euforię, obejrzane filmy, przeczytane książki, wypalone papierosy i wypitą kawę, małe sukcesy, rozmowy nudne i rozmowy ważne, dowiedzieć się czy było warto i dowiedzieć się co właściwie u mnie słychać.
zamiast tego wstaję rano, łapię ostatnie słońce, wychodzę na długi spacer, a potem szybko wracam do domu, pośpiesznie wypijam herbatę, pośpiesznie czytam Podsiadłę, pośpiesznie pakuję torbę, przesuwam wszystko na później, biegnę złapać kolejkę.
w biegu wysypują się z głowy zdania, myśli i sny.

„nic się nie stało, bo nic się nie działo

późna kawa, ostatni papieros, stos papierów na biurku, plany i marzenia rozgrzebane, bałagan i spokój.
jakbym odwiesiła samą siebie do szafy na jakiś czas i teraz ponownie założyła, żeby sprawdzić, czy to wszystko, z czego się składam jeszcze pasuje, jeszcze dobrze leży i da się nosić. pozornie nie zmieniło się nic. ale patrzę jakby znów świeższym okiem, oddycham równiej i głębiej, nie naciskam, nie szamoczę się, nie walczę. całe to błądzenie może być równie dobrze zwiedzaniem, zaszycie się w domu odpoczynkiem, a kryzys może minąć i okazać się najlepszym, co się mogło przydarzyć.
to prawda, „pod koniec dnia znosimy znacznie więcej,|niż nam się wydaje, że damy radę.” [Frida, reż. Julie Taymor]
zapętlam przed snem dwie płyty Arms and Sleepers i czuję, że jutro będzie jeszcze lepiej i pojutrze też. a jeśli nawet nie, to prędzej czy później i tak.

summer is almost gone

może i jestem złym prorokiem, ale jesień już przyszła, trwa, rozgoszcza się i zrzuca coraz częściej i mocniej krople deszczu, zsyła chłodny wiatr w coraz wcześniejsze wieczory i za nic sobie ma letnią beztroskę, wylegiwanie na plaży i chodzenie w japonkach.
cieplejsze ubrania, koce, coraz gęstszy kokon.
mierzę czas od jesieni do jesieni, do kolejnych urodzin, do corocznego poczucia, że jesień ześle mi coś dobrego i odzyskam siłę. po intensywnym lipcu i okrutnym sierpniu – jesienny zastrzyk energii, deszcz na twarzy, zapach morskiej wody, dobro i przypominanie sobie gdzie w tym wszystkim jest sens. czekam na to bardziej niż na cokolwiek ostatnio, więc niech już skończy się ten sierpień, z całym jego nadmiarem, ciężarem i smutkiem tak dużym, że aż niestosownym, bo przecież jeszcze świeci silne słońce i jeszcze kwitną letnie kwiaty. „jeszcze przez chwilkę będzie pod górkę, ale potem zobaczysz jak będzie fajnie pomknąć do przodu, rozpędzić się”. głębiej oddychać.

moonshiner

bezsenność i deszcz. bose stopy, dziarski, beztroski krok.
znów jest dobrze, a przynajmniej miło.
nawet jeśli moknę wracając do domu, nawet jeśli stale jestem zmęczona, niedospana, roztargniona, bez śniadania czy kolacji. codzienna loteria w głowie, puzzle, gra planszowa, gry i zabawy w nastroje. 

puzzle

jak układanie puzzli, kolaży, dziwnych kompozycji. po raz kolejny powtarzam sobie: „my thoughts have been replaced by moving images”. cytaty, urywki, skrawki, strzępki, fragmenty – piosenek, scen z filmów, opowieści znajomych, snów, obrazów, własnych dawnych wypowiedzi i zachowań. budowanie całości z kawałków, kawałeczków, które wchodzą ze sobą w dialog, kłócą się, korespondują, funkcjonują w głowie zupełnie autonomicznie i poza moją słabą wolą.
coś się święci i czuję, że nie wiem kto jutro obudzi się w moim własnym łóżku, ciele, skórze.
pracuję za dużo i za mało fajnie i chyba właśnie osiągam moment czkawki i tej powracającej konkluzji – tak dalej nie może być, nie tak to sobie zaplanowałam i znów dałam się nabrać.
jakbym przeglądała wielkie pudło pełne drobiazgów i dziwadełek szukając sama nie wiem czego. może jednak siebie, chociaż zazwyczaj wydaje mi się, że wiem gdzie jestem.
a tymczasem jak zawsze: czasem słońce, czasem deszcz.

*

-a wiesz ci mi się w Tobie podoba? to, że jesteś egocentryczką.
no właściwie. to znaczy. no dobrze. no tak. w znaczeniu świadomości i skupieniu na niej. nazywaniu swojej wiedzy o sobie. i przy całej miłości do innych istot. no dobrze, jestem. i teraz nie wiem, czy to źle czy dobrze. wiem trochę o sobie i umiem to nazwać. chcę wiedzieć o innych. i móc nazwać, poznać, pomóc, wesprzeć.

jak obieranie słów z kontekstu i kulturowych naleciałości. jak wyłuskiwanie innych znaczeń. jak szukanie rdzenia we wszystkim i powtarzanie: „nie, właściwie to nie jest tak, że go nie lubię. trochę źle zrobił, ale myślę, że to dobry człowiek. bo właściwe, to gdzie jest norma? gdzie jest zasada. co z nami robi kultura. to, że ja tak ma, to nie znaczy, że to jest dobrze/źle.” kolega kiedyś powiedział mi: „wiesz, Ela, ty jesteś taka naiwna”.

błądzę, błądzę. może wyjdą z tego nowe trasy, a może nie. życie chyba jeszcze się okaże. kiedyś. jakieś.